Małe Pieniny

Kilka lat temu na profilu znajomych zobaczyłem urokliwe zdjęcia z Polskich gór. Ze zdziwieniem przeczytałem opis: „Małe Pieniny”. Nigdy o nich jakoś nie słyszałem.  Byłem kilka razy w okolicy czy też samych Pieninach ale w tym miejscu już nie. Po zlokalizowaniu ich na mapie wyznaczyłem trasę do przejścia. W tym roku dzień wolny  6 stycznia przyczepił się do weekendu. Postanowiliśmy to wykorzystać, na te nie wymagające góry. Liczyliśmy na widoki …

Znalazłem niedrogi nocleg (30 PLN/osobo noc) w Jaworkach w sam raz dla nas. W sobotę bez większego pośpiechu ruszyliśmy. Dojechaliśmy do parkingu pod Wąwozem Homole. Mieliśmy upatrzoną niedużą trasę, w sam raz na krótki zimowy dzień. Z parkingu ruszyliśmy drogą do Schroniska pod Durbaszką. Nie jest to typowe schronisko górskie. Jest to harcerska placówka. Do schroniska prowadzi gruntowa droga, po której można spokojnie się przespacerować. Jest tam na szczęście znak zakaz jazdy, więc tylko samochód opiekunów schroniska można spotkać. Jak już wspomniałem nie jest to typowe schronisko, gdzie można napić się czegoś ciepłego jak się przyjdzie. Bar i jadalnia była zamknięta. Na szczęście byliśmy samowystarczalni, zjedliśmy swoje kanapki i napiliśmy się ciepłej herbaty z termosu. Obsługa prawdopodobnie zjechała po plecaki grupy harcerzy, którzy zmierzali do nich na nocleg. Trasą za nami podążała jeszcze jakaś rodzinka. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej na Durbaszkę. Co prawda poszliśmy na tak zwany azymut ponieważ pod resztkami śniegu nie było widać, którędy wiedzie droga. Na samym szczycie było kilka drogowskazów. My wybraliśmy kierunek wschodni na Wysoką. Szlak prowadził grzbietem najpierw szerokim i płaskim a potem wąskim ze stromymi podejściami i spadkami. Było troszkę błotniście i ślisko. Trzeba było uważać. Doszliśmy do rozwidlenia, gdzie szlak skręcał w lewo aby ominąć szczyt a w prawo odchodziła stroma ścieżka prowadząca na górę. Mając dużo czasu zaczęliśmy się wspinać po metalowych schodach i skałkach. Po drodze minęliśmy dwa punkty widokowe. Za każdym razem były większe zachwyty. Na szczycie okazało się, że warto było się wdrapywać. Widoki zapierały dech w piersi. W dole po Słowackiej stronie przez grzbiety przelewały się chmury. Piękne chmury wspinały się po wzniesieniach aby po drugiej stronie opaść. Po woli zbliżały się do naszego szczytu. Mocno też wiało. Zaczęliśmy wracać. Pierwszy odcinek mimo że dość stromy ale w większości po stopniach schodów pokonaliśmy bez problemu. Potem skręciliśmy w kierunku Wąwozu Homole. Ten odcinek drogi był mocno śliski i stromy. Na ścieżce leżał albo ubity śnieg, albo było błoto. Schodząc bardzo ostrożnie łapaliśmy równowagę machając rekami. Chmury nas dogoniły i widać było na kilkadziesiąt metrów. Mimo to schodząc przez polanę, udało mi się zrobić kilka zdjęć ładnych widoków. Doszliśmy do miejsca gdzie zaczynał się znów las a przez strumień przechodził nasz szlak. Tu umyślimy buty z nadmiaru błota. Nie na długo jak się okazało. Natomiast widoczność poprawiła się dość mocno. Kolejnym rozdrożem była niewielka polanka gdzie można pójść w prawo na Bukowinki gdzie jest górna stacja wyciągu narciarskiego albo skręcić w lewo szlakiem zielonym. Po kilkudziesięciu metrach wchodzi się na Dubentowską Polanę, gdzie można zobaczyć przepiękne układy skalne.  Kiedy jest cieplej ławki zachęcają do odpoczynku. Tu kończy się Wąwóz  Homole – dla nas on się zaczynał. Dalej ścieżka prowadzi między zadziwiającymi układami wapiennych skał. Co chwila przez mostki pokonuje się szybko płynący potok. Warto ten odcinek drogi pokonać spokojnie rozglądając wokół. Jest co podziwiać. My już lekko zaczynaliśmy być zmarznięci od wiatru. Na szczęście od wejścia w wąwóz do parkingu jest zaledwie 100 metrów. Więc szybko wsiedliśmy w samochód chroniąc się przed zimnym wiatrem. Ruszyliśmy w kierunku naszego lokum. Okazało się, że jakiś czas temu w Jaworkach nastąpiła rewolucja w numeracji domów, pojawiły się nazwy ulic i numery się zmieniły. Spisany przez nas adres ze strony agroturystycznej był jeszcze o dziwo w starej numeracji. Na szczęście przez telefon dowiedzieliśmy się o aktualny numer i wskazówki jak dojechać. Nocowaliśmy „U Rozalii”. Duży pokój z dostępem do kuchni gdzie odgrzaliśmy przygotowany obiad. Potem poszliśmy przejść się po Jaworkach. Trafiliśmy do knajpy gdzie skosztowaliśmy grzanego miodu pitnego z ziołami.

Na drugi dzień postanowiliśmy wdrapać się na Palenicę i potem szlakiem granicznym udać się kawałek na wschód i wrócić do Szczawnicy. Samochód zostawiliśmy niedaleko kolejki na Palenicę. I ruszyliśmy żółtym szlakiem na górę. Jest dość stromo za to nie jest to długa wspinaczka. Widoków za dużo nie ma, bo idzie się przez las. Po dojściu do górnej stacji kolejki można delektować się widokiem na Tatry, Pieniny, widać też Gorce oraz Beskid Sądecki. Śniegu było mało więc narciarze jeździli tylko po ośnieżonym stoku. My po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy dalej szlakiem na szczyt Szafranówka. Myślałem, że z ciut wyższego szczytu będzie więcej do podziwiania, ale niestety  jest on zbyt zalesiony. Jedynie gdzieniegdzie przez drzewa było widać inne pasma. My ruszyliśmy w kierunku wschodnim. Szlak prowadzi grzbietem przez leśne tereny. Widać było pełno gałęzi na ziemi po wiatrach, które hulały tydzień temu.  Wiele drzew było zwalonych. Trasa jest spokojna bez stromych podejść. Idzie się dość przyjemnie. Kiedy znaleźliśmy trochę słońca i suchego miejsca siedliśmy aby zjeść nasze kanapki. Lekki choć chłodny wiaterek nie zachęcał do dłuższego postoju. Po minięciu kilku szczytów, które mijaliśmy bokiem gdyż tak szlak prowadził, doszliśmy do miejsca gdzie można było odbić z powrotem do Szczawnicy. Jest to odbicie na wysokości góry Jarmuta z nadajnikiem TV. Potem schodzi się Doliną pod Jarmutą wzdłuż Klimontowskiego Potoku. Ten odcinek mimo błota przeszliśmy bez przeszkód. Potem niecałe dwa kilometry chodnikiem i znów byliśmy przy samochodzie. Jako, że trasa nie była długa na ten dzień podjechaliśmy jeszcze do części uzdrowiskowej w okolice pijalni wód. Pięknie odnowiony budynek, z elegancką pijalnią gdzie za drobna opłatą można nabyć wodę z różnych uzdrowiskowych źródeł. Obejrzeliśmy jeszcze park i inhalatornię. Potem wróciliśmy z powrotem na nocleg. Wieczorem chcieliśmy jeszcze posmakować miodu pitnego lecz  niestety już go nie było. Tym razem skosztowaliśmy wino grzane.

Na trzeci dzień postanowiliśmy przed odjazdem też zrobić sobie spacer. Na cel wybraliśmy rejony rezerwatu Białej Wody. Po spakowaniu betów do samochodu pojechaliśmy na koniec Jaworek. Minęliśmy ogrodzony dawny dom noclegowy Biała Woda. Dawna mleczarnia przerobiona w latach 90-tych na dom noclegowy. Teraz ogrodzony i niszczejący budynek. A miejsce atrakcyjne. Samochód najlepiej zostawić na parkingu, aby do niego dojechać trzeba minąć zakaz wjazdu (nie dotyczy mieszkańców i parkingu). W sezonie pobiera się tam opłatę 2 złote za godzinę. Stamtąd ruszyliśmy do rezerwatu. Idąc drogą na początku asfaltową po lewej stronie mija budującą się ekskluzywną stadninę. Wzdłuż drogi po prawej stronie w dole płynie potok Biała Woda między ciekawymi skalnymi formami. Po około 600 metrach zaczyna się rezerwat. Jest też budka z biletami do rezerwatu. Teraz była zamknięta na cztery spusty ponieważ było mało turystów. My ruszyliśmy drogą. Dolina jest piękna. Mimo „zimowego” wyglądu tj. braku zieleni ładnie odsłaniała swoje uroki. Po drodze mijamy jakiś duży dom, ze stajnią. Na podwórzy bryczka z końmi. Widać zamieszkały i trochę zadbany. Nowe ogrodzenie jest stawiane. Dalej droga wije się i krzyżuje z potokiem Biała Woda, który pokonuje się za każdym razem kładką dla pieszych a obok jest brud wyłożony płytami betonowymi dla pojazdów. Pewnie to wozy, które dojeżdżają do bacówek, które mija się po drodze. Po około 2 dochodzimy do charakterystycznego miejsca, gdzie spotykają się dwa potoki i w tym samym miejscu rozchodzą się drogi. Żółty szlak prowadzi w górę na wschód a droga prowadzi na północny zachód. Myśmy wybrali spacer drogą. Idzie się nią na początku płasko potem zaczyna mocno zdobywać wysokość. Po kolejnych 2 km dochodzimy do rozwidlenia gdzie w prawo odchodzi droga przez las mocno stromo. A nasza droga robi charakterystyczne U i przez drzewa można zobaczyć jak po drugiej stronie doliny trawersem schodzi w dół. Na drodze był znak zakaz ruchu pieszego wyrąb drzewa. Więc poszliśmy drogą w prawo tak aby dojść do niebieskiego szlaku. Po około 600 metrach dochodzimy do granicy wzdłuż, której wiedzie niebieski szlak. Znów kierujemy się w prawo – bardziej na południe niż na zachód. Tak aby dojść do żółtego szlaku, którym wrócimy do rezerwatu. Pokonujemy ten odcinek spokojnie pogryzając kanapki, niestety jest dość mokro i nie ma gdzie usiąść. Dochodzimy do charakterystycznego miejsca gdzie jest mała budka – może schronienie dla straży granicznej z dawnego przejścia granicznego, a może to budka pasterska. Wszystkie miejsca siedzące są zajęte przez kilka osób więc ruszamy w dół. Po drodze mijamy znów bacówkę oraz pełno ogrodzeń dla owiec. Na pewno w tym rejonie w sezonie można spotkać dużo owiec no i zjeść oscypka albo inny przysmak z mleka owczego. Na szlaku pojawia się więcej osób, jakby wybrały się na popołudniowy spacer. My wracamy niestety już drogą, którą szliśmy z powrotem. Niestety w tą stronę drogą idzie się szybciej 😉 i po chwili lądujemy na parkingu. Podchodzi do nas jakiś pan i prosi opłatę 5 złoty na kapliczkę. Potem znaleźliśmy w internecie, że to faktycznie prawdziwy opiekun tej kapliczki.

W drodze powrotnej w „centrum” Jaworek zatrzymujemy się przy knajpie i zjadamy nietypowy żurek (chyba Juchasa). Żurek oprócz pysznej drobno pokrojonej kiełbasy ma w sobie drobno pokrojony oscypek (!). Zupa jest zjadliwa ale jak dla mnie wyrazisty smak żurka jest osłabiony mdłym smakiem oscypka. Po zupie ruszyliśmy do Krakowa …. wolne się skończyło

Mapy tras

 


View Małe Pienieny in a larger map

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *